Ekstremalny urlop
Gdzie ty wybierasz się na wakacje? Może w tym roku zaszalejesz, jak nasi bohaterowie? Okazuje się, że w wolnym czasie można postrzelać z czołgowej armaty, zjeść pirani z grilla, przeżyć kilka godzin w dżungli po wypadku drogowym albo spaść z góry lodowej.
Gdzie ty wybierasz się na wakacje? Może w tym roku zaszalejesz, jak nasi bohaterowie? Okazuje się, że w wolnym czasie można postrzelać z czołgowej armaty, zjeść pirani z grilla, przeżyć kilka godzin w dżungli po wypadku drogowym albo spaść z góry lodowej. „Prestiż” dotarł do ludzi, którzy takie właśnie, nie zawsze zamierzone, ale za to niezapomniane, przygody przeżyli.
W wenezuelskiej dżungli do lotu podrywa się awionetka. Nagle pilotowi dzwoni komórka. Ten, niewiele myśląc, odwraca się, puszcza stery i odbiera telefon. Samolot zaczyna spadać! Pilot w porę chwyta za stery i wraca na obrany wcześniej kurs, ale jednocześnie rozkłada na pulpicie gazetę i czyta. Awionetka, jak nie trudno się domyślić, wraca do wcześniej obranego kursu… pionowo w dół. W ostatniej chwili dzielny pilot ratuje sytuację. Samolot ląduje, ale widać, że pasażerowie wysiadają.
Piranie z grilla i domy – widma
Jednym z uczestników tego szczęśliwego w skutkach lotu był Paweł Kuźma, dyrektor działu handlowego w szczecińskiej firmie Vobis. Wraz ze współpracownikami od lat już podróżuje po świecie, wyszukując możliwie najbardziej przygodowe, ekstremalne i oryginalne formy spędzania wolnego czasu. We wspomnianej Wenezueli podchmielony pilot nie był jedynym przeżyciem na progu śmierci. — Płynęliśmy łodzią przez rzekę, w sercu dżungli — wspomina Paweł. — Kolega wystawił nogę za burtę, ja z kolei machałem ręką nad wodą. Nagle coś mnie uszczypnęło w rękę, kolega też poczuł dziwne ukłucie. Przewodnik, który stał na dziobie łodzi, krzyknął przerażony: „Co robicie?!”. Żeby pokazać nam grozę sytuacji, wrzucił kanapkę z kurczakiem do wody. Zniknęła w kilka sekund — opowiada. Okazało się, że rzeka jest pełna piranii. Drapieżne ryby, choć śmiertelnie niebezpieczne, łatwo było złapać na jakąkolwiek przynętę, podróżnicy mieli więc piranie z grilla na kolację.
Najświeższą jednak przygodę przeżył Paweł na Ukrainie. — Postanowiliśmy wybrać się do Czarnobyla w dwudziestą rocznicę wybuchu elektrowni atomowej — mówi Kuźma. — Byliśmy tam w 12 osób. Ja, sprawdzona grupa towarzyszy podróży, plus przewodnik — dodaje.
Z Kijowa do Czarnobyla podróżnicy dostali się busem. Przed samą elektrownią, około 40 minut jazdy przez strefę skażoną, zobaczyli ogromny, wyludniony, zalesiony obszar. — Między drzewami zobaczyliśmy ukryte, zarośnięte, ale prawie nienaruszone domy mieszkalne — wspomina Paweł. — Myśleliśmy, że to działanie ukraińskiej wódki, o nazwie Chortycia. Zobaczyliśmy całą wyludnioną wioskę, którą w ciągu 20 lat wchłonął las, po prostu domy widma — opowiada.
Jeszcze mocniejsze wrażenie spustoszenia zrobiło na nich zwiedzanie Prypeci – miejscowości, która najbardziej ucierpiała w wyniku katastrofy. 50 tysięcy mieszkańców miasta zostało ewakuowanych w ciągu kilku godzin. — Zwiedzanie zaczęliśmy od opustoszałego wesołego miasteczka, młyna, przez szpital, restaurację, jakiś hotel — mówi Paweł. — W pewnym momencie weszliśmy do szkoły, a tam: książki na ziemi, poprzewracane ławki, zapisane tablice, niedokończone lekcje i ostatnia scena – rozrzucone małe maski gazowe dla dzieci. To był przygnębiający widok, który do dziś mam przed oczami — dodaje.
Udało im się też wejść do jednego z opuszczonych bloków mieszkalnych. — W środku to wyglądało tak, jakby domownicy po prostu wyszli, zostawiając wszystko. Na biurku leżała otwarta książka, talerze, sztućce, czajnik na kuchence, rozwieszone pranie — wspomina Kuźma. — Byłem w wielu miejscach na Ziemi, ale takiego spustoszenia nie widziałem. Przerażające było zwiedzanie wymarłego miasta, w którym dwadzieścia lat wcześniej tętniło życie. To miejsce to gotowa scenografia do filmów grozy!
Przygoda na poligonie
W drodze powrotnej z Czarnobyla na podróżników czekała kolejna, już nie tak smutna atrakcja. — Kolega zorganizował nam wstęp na ukraiński poligon wojskowy! — mówi Paweł. Przed wejściem musieli oddać telefony, aparaty fotograficzne, słowem wszelkie urządzenia rejestrujące. Podpisali też oświadczenie, że są na poligonie na własną odpowiedzialność, że w razie nieszczęśliwego wypadku, „nie było ich tam”. — Kazali nam założyć kamizelki i hełmy. Myśleliśmy, że to dla zabawy, ale powiedzieli nam, że dzień wcześniej komuś urwało głowę, gdy strzelał z bazooki, i że generalnie trafiliśmy na ćwiczenia z ostrą amunicją — wspomina.
Po pewnym czasie pojawiły się czołgi. — Świetnie, przejedziemy się? — spytał Paweł przewodnika. — Nie, postrzelacie — usłyszał w odpowiedzi. Jeden z kolegów dostał polecenie celowania w „pticu”, czyli po rosyjsku w ptaka. Zgodnie z rozkazem, podniósł lufę czołgu i zaczął strzelać w górę. Jak się później okazało, „ptakiem” miało być oznaczenie na tarczy, a nie żywe zwierzę. Na szczęście żaden ptak nie ucierpiał, czego nie można napisać o innych okolicznościach przyrody. Poligon miał 15 km długości, a wystrzelony pocisk spadł nieopodal pewnej wsi, podpalając przy tym las. — Do dziś śledzimy losy tej ukraińskiej wioski i szukamy wzmianek w Internecie o zaistniałej sytuacji. Jak dotąd cisza! — śmieje się Paweł. — Może dlatego, że jak większość nielegalnych rozrywek na Ukrainie, strzelanie na poligonie było opłacone łapówką i nikomu nie zależało na upublicznieniu afery — dodaje.
Wśród swoich europejskich wojaży, poza Ukrainą, Kuźma wyróżnia także Islandię. Przeżył tam groteskową, choć śmiertelnie niebezpieczną przygodę. — Wspinaliśmy się na lodowiec, jeden z kolegów w pewnym momencie niewłaściwie wbił czekan w ścianę lodu. Nagle lodowiec skruszył się i nasz towarzysz spadł dwa metry w dół. Było groźnie, ale skończyło się zupełnie bez urazów. To wyglądało jak scena z kreskówki, przedstawiająca znikającego bohatera — mówi.
Blondynka w dżungli
Jak wielką atrakcją turystyczną może się stać jasnowłosa Polka w krajach Ameryki Łacińskiej? Odpowiedzi na to pytanie doświadczyła na własnej skórze (i własnych blond włosach) Justyna Wolska, nauczycielka hiszpańskiego ze Szczecina. Wybrała się w samotną podróż do Peru oraz krajów Ameryki Środkowej: Salwadoru, Gwatemali i Meksyku.
Wzbudzała nie tylko zainteresowanie, ale i podejrzenia. — Na każdym kroku myśleli, że przemycam narkotyki — wspomina. — Za to byli bardzo przyjaźnie nastawieni jak rozkładałam mapę. W 30 sekund znajdował się tłum ludzi, którzy chcieli mi pomóc — dodaje.
Nie zawsze było jednak tak sielankowo. Na południowoamerykańskich bezdrożach przeżyła zderzenie czołowe autobusu, a potem sześć godzin oczekiwania na pomoc w dżungli, bez wody i jedzenia. Natomiast gdy mówimy o kulinariach, jest kilka latynoamerykańskich potraw, które szczególnie zapadły w kubki smakowe Justyny: — Prawdziwa meksykańska tortilla, w Salwadorze kokoloko, czyli sok ze świeżego kokosa z wódką — wspomina. — W Peru warto spróbować liści koki o ziołowym smaku i pobudzającym działaniu. Miejscowym przysmakiem jest też świnka morska, ale nie odważyłam się spróbować — dodaje.
Blaszany barak w Koronie Ziemi
Trzy dni w górach, na wysokości 4200 m. n.p.m. Osiemnaście osób w blaszanym kontenerze, z dwoma prowizorycznie wyciętymi dziurami – na drzwi i na okno. Dostęp do prądu z agregatu włączany dwa razy dziennie na dwie godziny. Jedyny „sprzęt kuchenny” stanowi butla z gazem. Woda tylko z lodowca, w stanie stałym, do wydobycia za pomocą czekana. O toalecie wspominać nawet nie warto…
W takich warunkach przeżył kilka dni Daniel Banaszkiewicz, pracownik jednej ze szczecińskich kancelarii notarialnych. Wspomnianym górskim apartamentem było schronisko na górze Elbrus, najwyższym szczycie gór Kaukazu, zaliczanym do Korony Ziemi.
Jedną z większych atrakcji okazała się podróż kolejką linową, w której drzwi nie były zamykane, ale zawiązywane na sznurek, a w ramach nie do końca chyba planowanej klimatyzacji brakowało dwóch okien. — W Polsce nie odważyłbym się wsiąść do czegoś takiego — przyznaje Banaszkiewicz. — Ale tam to była norma. Gorzej, że 20 metrów nad ziemią wyłączył się prąd. Utknęliśmy i zaczął padać deszcz — dodaje.
Krew zmrozić w żyłach mogło spotkanie z kaukaskim odpowiednikiem GOPRu. Przed wyjściem w góry szczecińscy podróżnicy dostali numer telefonu do stacji ratunkowej. — Dla pewności spróbowaliśmy się tam dodzwonić już na szlaku — mówi pan Daniel. — Nikt nie odbierał. Myśleliśmy, że choć wyświetli im się nasz numer i oddzwonią. Nic z tego — dodaje.
Tajemnica braku odpowiedzi ze strony ekipy ratunkowej została rozwikłana, gdy podróżnicy zawitali w progi kaukaskiego GOPRu. — Stacja ratunkowa to był maleńki pokoik, w którym mężczyzna w dresie nawet nie siedział, ale leżał i oglądał telewizję — mówi Banaszkiewicz. — Telefon stał na biurku daleko poza zasięgiem jego ręki, a numer nie miał szans się wyświetlić, bo to był stary aparat telefoniczny z tarczą.
Kąpiel w rzece pełnej krokodyli
Dr Adam Stecyk, ekonomista ze Szczecina, lubi raz na jakiś czas odpocząć od statycznej fizycznie pracy naukowca i ruszyć na szlak przygody. W tym roku już po raz czwarty w ciągu ostatnich kilku lat odwiedził Afrykę. Uganda, Rwanda, Burundi – górska dżungla, największe na świecie goryle, źródła Nilu i uzbrojeni po zęby rebelianci. Na te wszystkie atrakcje narażony był samotnie podróżujący naukowiec z Uniwersytetu Szczecińskiego. — Inni znajomi nie mieli po prostu czasu — lakonicznie tłumaczy Stecyk.
Główną motywacją podróży było zobaczyć, jak Rwanda radzi sobie po ludobójstwie w 1994 roku. — Chciałem dowiedzieć, się, jak po tamtej tragedii żyją obok siebie zwykli ludzie z plemion Tutsi i Hutu. Nie bez znaczenia były też oczywiście okoliczności przyrody i wspomniane wyżej goryle. — Uganda okazuje się być fenomenalnym miejscem na safari — mówi Stecyk. — Turyści w większości wybierają Kenię czy Tanzanię, ale Uganda jest równie piękna. Natomiast wymarzonym miejscem do oglądania goryli górskich jest Park Narodowy Wulkanów w Rwandzie. Osobiście spędziłem godzinę wśród grupy Susa, najliczniejszej i najwyżej zamieszkującej rodziny goryli w górach na granicy Rwandy, Ugandy i Konga. Nie lada przeżyciem był dla dra Stecyka rafting (spław, flis rzeczny na pontonach) na Nilu, u jego źródeł niedaleko Jeziora Wiktoria. — Byłem w sześcioosobowej grupie, ale po drugiej wywrotce pozostało nas czterech — opowiada. — Dwie osoby zrezygnowały.
Na lądzie Adam Stecyk poruszał się często miejscowym rodzajem komunikacji miejskiej, tak zwanymi chickenbusami. — Są to autobusy, który zabierają ze sobą dosłownie wszystko: ludzi z towarem, świnie, kury, warzywa — tłumaczy.
Wielu wrażeń dostarczał także kontakt z miejscową ludnością. — Tamtejsi ludzie są bardzo ciekawi świata, zawsze oblegają turystów, zaczepiają, dotykają, próbują coś sprzedać, a czasem po prostu tylko porozmawiać — opowiada. — Lubią udzielać informacji, ale każdą z nich trzeba sprawdzić u trzech, czterech innych osób, żeby nie skończyć tragicznie.
Z doświadczenia szczecińskiego naukowca wynika, że Afrykanie nie lubią odmawiać, uważają odmowę za nietakt. Dlatego nawet na pytanie: „Czy w tej rzece jest bezpiecznie się kąpać?” najczęściej odpowiedzą: „Tak, jasne”, z grzeczności omijając mało znaczący fakt, że grasują tam krokodyle.




